Kiedy powiedzieć „dość”?

W dzieciństwie na mojej tablicy nad biurkiem wisiała pocztówka z kaczuszką na deszczu. Widniał na niej napis: „Kochać to znaczy dać wolność”. Lubiłam tę kartkę, mimo jej dość przygnębiającego tonu. Dziś, po latach, myślę sobie, że to hasło wciąż mi towarzyszy. Wraca w różnych sytuacjach i często pomaga mi podjąć decyzję. Niekoniecznie przyjemną dla mnie, ale czasem potrzebną dla drugiej istoty.
Kiedyś miałam psa… Najlepszego na świecie. Był ze mną w najtrudniejszym okresie życia, we wkraczaniu w dorosłość. Towarzyszył mi podczas wyprowadzki z rodzinnego domu i przez całe studia. Spędzał ze mną nieprzespane noce, kiedy zakuwałam do egzaminów. Później przyszła kolejna przeprowadzka i pierwsza praca… A potem zachorował.

Pojawił się guzek na skórze. Usuwamy! Podczas zabiegu okazało się, że zmian jest już co najmniej setka. Wysłaliśmy największą z nich do badania histopatologicznego. Diagnoza: chłoniak skóry T-komórkowy. Rzadki i śmiertelny. Leczenie? Brak możliwości wyleczenia. Chemioterapia mogła przedłużyć mu życie, ale nie było pewności, na jak długo ani jakim kosztem.
Onkolog pokazał mi zdjęcia przedstawiające różne stadia choroby. Postanowiłam wtedy, że nie pozwolę, aby Aron doczekał takiego stanu. Postawiłam sobie granicę. Jeśli którejś nocy Aron zamiast spokojnie spać obudzi mnie, liżąc wrzodziejące zmiany, uznam, że nadszedł czas, by się pożegnać. Nie chciałam dopuścić do sytuacji, w której cierpienie stanie się nieodłączną częścią jego życia. „Kochać to znaczy dać wolność”… W jego przypadku miała to być wolność od bólu.

Zwierzę nie musi umrzeć samo, żebyśmy mogli uznać, że zrobiliśmy dla niego wszystko. To jeden z najtrudniejszych momentów w opiece nad zwierzęciem. Pozwolić mu odejść, wtedy kiedy jeszcze czuje się komfortowo. Bo na co czekamy? Aż zacznie się dusić? Będzie konać? Wyć z bólu? Chciałabym, żeby odchodziło spokojnie, bez bólu i przerażenia, że dzieje się z nim coś potwornego.
Człowiek potrafi znaleźć powód, żeby poczekać: niech spędzi z nami jeszcze święta, niech pożegna się z nim córką, która wraca za tydzień. Może to jeszcze nie ten moment… Tylko że zwierzę nie wie, na co czekamy. Nie rozumie, że trzymamy się nadziei. Wie tylko, że boli. Że nie może wstać, zjeść, odpocząć albo znaleźć sobie wygodnej pozycji. Że jego ciało przestało działać tak, jak powinno.
Oczywiście, nie każda choroba i nie każdy ból oznacza konieczność eutanazji. Wiele dolegliwości można skutecznie leczyć, a odpowiednio dobrane leczenie paliatywne może zapewnić zwierzęciu komfort nawet wtedy, gdy choroby nie da się już wyleczyć. Ale przychodzi moment, w którym nie jesteśmy już w stanie przywrócić zwierzęciu komfortu. Kiedy kolejne próby leczenia nie pomagają, objawy postępują, a dobre chwile stają się coraz rzadsze. I wtedy trzeba zadać sobie pytanie, którego tak bardzo nie chcemy sobie zadać: Czy robimy to jeszcze dla niego, czy już przede wszystkim dla siebie?
Nie ma jednej granicy, która będzie właściwa dla każdego pacjenta. Każde zwierzę jest inne. Liczy się to, czy nadal je, odpoczywa, interesuje się otoczeniem i ma chwile, w których po prostu jest mu dobrze. Eutanazja nie jest porażką medycyny ani dowodem na to, że przestaliśmy kochać. Czasem jest ostatnią decyzją, którą możemy podjąć w trosce o zwierzę, kiedy nie jesteśmy już w stanie go wyleczyć. Nie musimy czekać, aż cierpienie stanie się nie do zniesienia, żeby uznać, że to już wystarczy. Możemy kochać. Możemy płakać. Możemy mieć wątpliwości. I jednocześnie możemy pozwolić odejść. Bo nasza gotowość do pożegnania nie powinna być ważniejsza niż jego prawo do życia bez niepotrzebnego cierpienia.



Komentarze